Urodziłaś się 8 lutego 2007 o 23:45 w szpitalu im. Żeromskiego w Krakowie. W szpitalu, który razem z tatą wybraliśmy dla Ciebie. Postanowiłaś pojawić się na świecie nieoczekiwanie, bo 12 dni przed terminem. O 5:05 odeszły mi wody. Nie sposób opisać, co wtedy poczułam i co myślałam w pierwszej chwili. Obudziłam tatę i zadzwoniliśmy do szpitala. Miałam się nie spieszyć. Zjeść coś, wziąć prysznic
i przyjechać. Zjadłam więc kisiel, zdrzemnęłam się odrobinę, potem wzięłam prysznic, upewniłam się
czy jestem dobrze spakowana i wyruszyliśmy w najważniejszą podróż naszego życia. O ile pospieszyłaś
się z terminem, z samym porodem nie było Ci spieszno. Późnym wieczorem stało się jasne, że nie uda mi się urodzić Ciebie siłami natury i zgodziłam się z tatą na cesarskie cięcie. Byłam bardzo zmęczona bólem
i z ulgą przyjęłam propozycję lekarza. 20 minut później byłaś już na świecie. Z nad zielonego parawanu zobaczyłam Ciebie uniesioną przez jednego z lekarzy w górę. Byłaś cała sina, ubrudzona krwią, pomarszczona i kompletnie bezbronna. Nie pamiętam czy płakałaś. Cała się trzęsłam. Potem na chwilkę przyniesiono mi Ciebie okutaną w becik. Nie miałam siły płakać. Pocałowałam Cię kilka razy, przytuliłam swój policzek do twojej malutkiej twarzyczki i zabrano Cię.
A potem znalazłyśmy się w sali pooperacyjnej. Nagle zrobiło się cicho i ciemno. Już nie słyszałam własnego krzyku ani nie raziły mnie w oczy lampy. Poczułam, że nie spałam od wielu, wielu godzin. Ale nie mogłam zasnąć. Jeszcze nie teraz. Leżałaś na mojej ręce, oparta główką o moją pierś. Próbowałaś ssać, ale obie byłyśmy zbyt zmęczone. Tatuś jeszcze chwilkę był z nami - dzięki niemu zostałyśmy uwiecznione pół godziny po Twoim przyjściu na świat. Tata był bardzo przejęty, pewnie nigdy nie dowiemy się jak bardzo. Kiedy tatuś nas pożegnał i zostałyśmy same popatrzyłam na Twoją maleńką główkę i mocno zaciśnięte oczka, na powoli sączącą się kroplówkę, spróbowałam poruszać nogami - nie mogłam i dotarło do mnie, że urodziłam swoje pierwsze dziecko, córeczkę, Ciebie Tosiu.
i przyjechać. Zjadłam więc kisiel, zdrzemnęłam się odrobinę, potem wzięłam prysznic, upewniłam się
czy jestem dobrze spakowana i wyruszyliśmy w najważniejszą podróż naszego życia. O ile pospieszyłaś
się z terminem, z samym porodem nie było Ci spieszno. Późnym wieczorem stało się jasne, że nie uda mi się urodzić Ciebie siłami natury i zgodziłam się z tatą na cesarskie cięcie. Byłam bardzo zmęczona bólem
i z ulgą przyjęłam propozycję lekarza. 20 minut później byłaś już na świecie. Z nad zielonego parawanu zobaczyłam Ciebie uniesioną przez jednego z lekarzy w górę. Byłaś cała sina, ubrudzona krwią, pomarszczona i kompletnie bezbronna. Nie pamiętam czy płakałaś. Cała się trzęsłam. Potem na chwilkę przyniesiono mi Ciebie okutaną w becik. Nie miałam siły płakać. Pocałowałam Cię kilka razy, przytuliłam swój policzek do twojej malutkiej twarzyczki i zabrano Cię.
A potem znalazłyśmy się w sali pooperacyjnej. Nagle zrobiło się cicho i ciemno. Już nie słyszałam własnego krzyku ani nie raziły mnie w oczy lampy. Poczułam, że nie spałam od wielu, wielu godzin. Ale nie mogłam zasnąć. Jeszcze nie teraz. Leżałaś na mojej ręce, oparta główką o moją pierś. Próbowałaś ssać, ale obie byłyśmy zbyt zmęczone. Tatuś jeszcze chwilkę był z nami - dzięki niemu zostałyśmy uwiecznione pół godziny po Twoim przyjściu na świat. Tata był bardzo przejęty, pewnie nigdy nie dowiemy się jak bardzo. Kiedy tatuś nas pożegnał i zostałyśmy same popatrzyłam na Twoją maleńką główkę i mocno zaciśnięte oczka, na powoli sączącą się kroplówkę, spróbowałam poruszać nogami - nie mogłam i dotarło do mnie, że urodziłam swoje pierwsze dziecko, córeczkę, Ciebie Tosiu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz